Dziś są moje urodziny.

Dziś są moje urodziny.

Dziś są moje urodziny. Mam 23 lata i naprawdę czuję, że żyję. 

Siedzę przy drewnianym stole w kuchni, w tle miarowo pracuje zmywarka jakby nadając rytm moim myślom.
Przez uchylone okno wpada powietrze pachnące wilgotną i ciepłą jesienią. To moja ulubione pora roku.
Wpada też mnóstwo malutkich nasionek brzozy, które panoszą się w każdym kącie domu. Nie sposób z nimi walczyć, bo brzozy rosną tu wszędzie dookoła.

Słyszę jak Kuba na piętrze kręci się po swoim biurze. Podłoga lekko poskrzypuje, a ja wiem, że on intensywnie nad czymś myśli, bo nigdy wtedy nie potrafi usiedzieć w miejscu. Tak bardzo cieszę się, że go mam. 

Jestem spokojna. 

Pomimo, że czasem wszystko wiruje i każdego dnia zmagamy się z kolejnymi wyzwaniami. Pomimo, że czasem się denerwuję i ciężko przychodzi mi akceptować to, co pojawia się na naszej drodze.

Wiem, że jesteśmy razem i mamy naprawdę dużo siły. I jestem spokojna. 


Przez ten rok zmieniło się prawie wszystko, choć świat pozostał taki sam. Nie opuściłam kraju ani razu, a przebyłam najdłuższą drogę w swoim życiu. 

Szczerze mówiąc nawet nie pamiętam, jak spędziłam swoje poprzednie urodziny. To było w Londynie, więc w sumie dziura w pamięci to nic dziwnego. Pamiętam za to urodziny dwa lata temu, też w Londynie. Wtedy o mało nie umarłam po połknięciu swojego urodzinowego „prezentu". 

Wnioski?

Dojrzałości nie mierzy się wiekiem, ani nawet ilością doświadczeń. Znam wiele osób, którym wciąż coś się przytrafia, jednak nie wyciągają z tego żadnych wniosków. Mają za to poczucie, że dużo już przeszli i czyni ich to „dojrzałymi”.
Taka sama zresztą byłam i ja. Przez ostatnie 8 lat nadoświadczałam bardzo dużo, głównie dramatów na własne życzenie, ale  nie wyciągałam wniosków. Leciałam przez życie na ślepo, na rauszu ekscytacji wydawało mi się, że jestem taka świetna… Przez większość czasu tak naprawdę czułam się pusta w środku, byłam zdołowana, a chwilowe wyzwolenie dawały mi tylko skrajne emocje. 

Dziś patrzę na siebie i staram się nie oceniać, nie krytykować, nie mieć do siebie żalu, choć z pewnymi rzeczami ciężko mi się pogodzić. Wydaje mi się jednak, że musiałam „polecieć na ostro”, dotknąć tej ciemnej strony, aby przekonać się czym to naprawdę jest, i że nie chcę tam wrócić. Nie chciałam uczyć się na cudzych błędach, musiałam pozwolić sobie zaszaleć i włożyć rękę w ogień, by wiedzieć, że nie warto. 
Aby zrozumieć, że wszystko jest kwestią wyboru i zastanowić się, co ja tak naprawdę chcę wybrać. 

I wybrałam. 

Życie u boku wspaniałego mężczyzny. Wsparcie i zaufanie. Miłość. Realizację siebie, swoją pasję. Powrót do kobiecości i znalezienie dla siebie miejsca. Spokój w sercu. Poczucie bezpieczeństwa. Radość. Wolność. Szczęście. 

I to paradoksalnie wcale nie był taki łatwy wybór. 
Wszystkim nam wydaje się, że tego byśmy chcieli, ale nie zdajemy sobie sprawy, co to znaczy. Nie bierzemy odpowiedzialności, nie chcemy zapłacić tej ceny. 
Chcemy tylko to wszystko MIEĆ, bo nam się należy 😉

I nie akceptujemy tego, że to się samo z siebie raczej nie wydarzy. I nie lubimy tych, którzy mówią inaczej. Komplikujemy, robimy sobie pod górkę, oszukujemy samych siebie i próbujemy oszukać innych, ale… 
Czy to potrzebne? Każdy ma swoje do przerobienia. Niektórzy są na tyle otwarci, by słuchać, by zwrócić się o pomoc, spojrzeć na kierunkowskaz. A niektórzy tak jak ja, najpierw muszą włożyć rękę w ogień i powalić głową w ścianę dostatecznie długo, by przekonać się, że to nie działa.
Nie zawsze jednak trafiamy na dobrych mentorów i właściwe kierunkowskazy. 

Chciałabym Cię dziś o coś poprosić. Zastanów się, co jest dla Ciebie naprawdę ważne? Serio, pomyśl o czyms więcej, niż tej pustej, wyuczonej odpowiedzi, której już nawet nie rozumiesz. 
To o czym myślisz - co za tym stoi, co to dla Ciebie znaczy, co by było, gdyby tego nagle zabrakło?


Nie jestem pewna czy chcesz sam sobie odpowiedzieć na to pytanie, ale powiedz - czy kierujesz się tym na co dzień?
Czy wybierasz właściwie?

Nie właściwie ze względu na to, co wypada, co trzeba, co ktoś Ci powiedział. Właściwie ze względu na to, o czym pomyślałeś.




Dlaczego nie warto walczyć?

Dlaczego nie warto walczyć?

Byłam wczoraj na warsztacie dla kobiet. Warsztat jak warsztat - sporo wartościowej wiedzy, choć nie wszystko mi się do końca podobało, ale czerpię tyle, na ile czuję.

I było na tych warsztatch pewne ćwiczenie, w trakcie którego w oczach pewnej dziewczyny zobaczyłam taką smutną mieszankę takiej naturalnej potrzeby bliskości i oddania się, a jednocześnie strachu i chęci walki. I myślę sobie, że tak wiele kobiet dzisiaj cierpi w ten sposób.

Chcemy mieć silnego mężczyznę, chcemy, by ktoś się nami opiekował, chcemy ufać, być kochane, wspierane. I to jest naturalne i uważam, że właściwe.
Nie rozumiemy jednak, dlaczego to się nie pojawia.
Nie rozumiemy, że nie możemy oczekiwać tego od mężczyzn, zanim nie nauczymy się im na to pozwalać. Nie rozumiemy, że to wszystko od nas zależy.
A z biegiem lat jest coraz trudniej.

Bo gromadzą się nasze doświadczenia, złamane serce i to przekonanie, że ze wszystkim musimy sobie radzić same. Budujemy w sobie takie sztuczne, niemądre 'poczucie godności'. Wydaje nam się, że musimy walczyć o to, aby nas szanowano. A prawdziwe poczucie godności nie ma nic wspólnego z walką...
Dlaczego to jest takie trudne do zrozumienia i uwierzenia? Pewnie dlatego, że nie mamy dobrych wzorców. Nie widzimy tego, że kobieta, która walczy o szacunek i pozycję działa jak mężczyzna.
Ale każdy z nas gdzieś tam widział lub zna taką kobietę, która nigdy się z nikim nie wykłóca, jest raczej spokojna, ale każdy ją jakoś lubi i szanuje. Ona zazwyczaj jest łagodna, mądra i z reguły radosna. Każdemu przy niej się dobrze przebywa.

Czy to znaczy, że powinnyśmy być cichymi myszkami i jakimiś mimozami bez własnego zdania? Absolutnie nie. Chodzi tylko o sposób, w jaki siebie wyrażamy i o co tak naprawdę my walczymy.

Na swoim przykładzie doskonale widzę, że im bardziej ja odpuszczam walkę o przetrwanie i oddaję to w ręce mojego mężczyny tym lepiej nam się wiedzie. Pozwalam mu się realizować, mówię o swoich marzeniach dając motywację do działania. A sama? Staram się tworzyć dla niego środowisko, w którym on się odnajduje. Zajmuję się domem, biorę na siebie rzeczy organizacyjne i to wszystko działa coraz lepiej. Czy to znaczy, że nie pracuję i nie realizuję swoich pasji? Absolutnie nie ;)
Ale w porównaniu do tego, co było półtorej roku temu...
Nie pracuję na noce i nie zaharowuję się do upadłego za naprawdę nędzne pieniądze... pracuję dużo mniej, robię to, co kocham, realizuję się w tym i jeszcze płacą mi dużo więcej.
Wspieram swojego ukochanego, on też robi to, co kocha, a nasza sytuacja ciągle się poprawia :)
Kochamy się i rozumiemy coraz bardziej. Minął ponad rok, minął okres radosnego zauroczenia i burzy hormonów, a my coraz bardziej zakochani. Znaczymy dla siebie coraz więcej.
A to wszystko wynika z tego, że świadomie budujemy coś wspólnie, akceptujemy swoje role
i pozwalamy sobie na to, by naturalnie się w nich odnajdywać.

Skąd wziąć takiego faceta, zapytacie... Ech. O ile mężczyzna, którego wybierzecie nie jest skończonym idiotą - 'nada się'. Jeśli tylko przestaniecie walczyć, obdarzycie go zaufaniem i miłością i będziecie go wspierały. Nie oczekiwały, lecz dopingowały. Nawet, jeśli upuszczono Was 1000 razy wcześniej to musicie zaufać, że on Was złapie. Nie bójcie się.
Bo każdy mężczyzna może stać się wszystkim, o czym marzysz, jeśli tylko mu na to pozwolisz.
Tak pięknie został stworzony ten świat.


Wszyscy jesteśmy wrażliwi.

Wszyscy jesteśmy wrażliwi.

Wiele razy w życiu słyszałam, że jestem niewrażliwa. Wiedziałam, że to nie prawda, choć często zdarzało mi się być kompletnie obojętną. Na dzień, na pogodę, na miłość, na życie.
Chodziłam otępiała, czułam dopiero w hardcorowych sytuacjach. Niektórzy mówili mi, że jestem uzależniona od silnych emocji. Potrzebowałam wszystko wzmacniać, bo codzienność była dla mnie nijaka. 
Wydaje mi się, że zakopałam swoje serce bardzo głęboko, głównie ze strachu. Później szłam przez wszystkie okropności mając poczucie, że spływa to po mnie, bo moje serce jest schowane i bezpieczne. Ale nie było. Czasami doprowadzałam do takich sytuacji, że wydawało mi się, że ono w ogóle zniknęło. Wtedy w pośpiechu drążyłam w sobie dziurę, żeby sprawdzić, czy jeszcze istnieje. 

Dziś wiem i rozumiem, że wrażliwość to po prostu umiejętność czucia i słuchania swojego serca naprawdę. Wierzę, że wszyscy z natury jesteśmy dobzi, każdy chce kochać i być kochanym. Nie ma ludzi z natury obojętnych na cudzą krzywdę i zło. Każdy jako dziecko jest dobrym człowiekiem. Ja też byłam. Później wydarzyło się wiele różnych rzeczy, brakowało mi wzorców, spotkałam różnych ludzi. Nie umiałam słuchać swojego serca, nie umiałam siebie szanować, więc nie umiałam też sprawić, by szanowali mnie inni. Wydarzyło się wiele, ale z perspektywy czasu widzę, że wszystko to miało mnie czegoś nauczyć, każda sytuacja była lekcją, choć nie każdą rozumiałam. 
Wierzę, że każdy, kto postępuje źle i krzywdzi innych robi to z jakiegoś powodu. Najczęściej ze strachu. A kiedy pojawia się poCZUCIE winy, kiedy nasze serce wychodzi na wierzch to walimy je łopatą i zakopujemy spowrotem, bo boimy się zmierzyć z tymi emocjami. I tak w kółko.  

Bywały momenty, że zdawałam sobie z tego sprawę, ale naprawdę nie wierzyłam wtedy, że będę w stanie przez to wszystko przejść. Że będę w stanie wyjąć to serce i poczuć to wszystko, co odrzucałam na bok. Bo niestety, nie da się tego przeskoczyć. To tak jak z życiem w Candy Crush Saga - na telefonie możesz przestawić na chwilę czas, żeby mieć dodatkowe życia, ale zrób to kilka razy, a zablokujesz się na wiele godzin w czasie rzeczywistym... No cóż, takie porównanie mi przyszło akurat do głowy. Ale dokładnie tak samo jest w prawdziwym życiu. Możesz odrzucać emocje, których nie chcesz czuć, ale jeśli one są prawdziwe to i tak wrócą. Bez tego nie można pójść dalej. 
Nic więc chyba dziwnego, że nie chciałam tego brać na klatę, nie chciałam tego przeżywać, choć wieczorami i tak wracało. Ale wtedy zazwyczaj mogłam pójść zapomnieć, gdzieś, z kimś, im głośniej, tym lepiej, im pijaniej, tym lepiej. Nie chciałam tego przeżywać, bo myślałam, że nie dam rady, że i tak już nigdy nie będę 'normalna'.

Dziś wiem, że każdy, naprawdę każdy jest w stanie się zmienić. Jest w stanie odkopać swoje serce, pozwolić mu znów czuć. Najpierw przeżyć wszystko, co odrzucał, później wybaczyć to sobie. Najpierw zobaczyć nadzieję, później uwierzyć, a w końcu po prostu pozwolić sobie na bycie szcześliwym, na to, żeby kochać i żeby nas ktoś kochał. Nauczyć się siebie szanować i nauczyć tego innych. 
Wymaga to trochę szczęścia, cholernie dużo odwagi, by podjąć ryzyko, wytrwałości i czasu. Naprawdę wymaga to dużo czasu. Ja idę tą drogą już rok z Najlepszym Na Świecie Wsparciem u boku i wiem, jak wiele jeszcze do zrobienia. Nie wiem, ile zajęłoby mi to samej i czy w ogóle byłoby możliwe. Zdecydowanie brakowało mi odwagi i wytrwałości, celu... Dzisiaj ten cel mam i czuję się silna. Codziennie los rzuca nam nowe wyzwania, ale chociaż czasami jest naprawdę ciężko to w głębi serca wiem, że damy sobie radę ze wszystkim, że nasze serca są bardzo silne. 

Wiem też, że będziemy w stanie pomóc wielu osobom. Jeśli ktoś z Was czuje, że tego potrzebuje to dajcie mi znać w komentarzu lub mailem. Zaczynamy z Kubą intensywnie działać i szczerze wierzę, że bardzo dużo ludzi dostanie szansę taką, jaką dostałam ja. 

K.



Przepychanki

Przepychanki

Wiele razy w życiu znalajdowałam się w sytuacjach, które uświadamiały mi, że to, co robię jest kompletnie bez sensu. Niestety, ale samo uświadomienie sobie czegoś niekoniecznie jest związane ze zmianą, a już na pewno nie z trwałą zmianą.
Na szczęście karma nie śpi i sytuacje 'uświadamiające' powtarzają się w różnych postaciach, aż do momentu, kiedy czegoś rzeczywiście nie zmienimy. I tutaj znów wszystko zależy tylko od nas... Niektórym dopiero rak w płucach karze rzucić palenie, niektórzy nawet wtedy idą w zaparte. Kiedyś dużo leżałam na pulmonologii i mówię Wam - przed wejściem na oddział płucny unoszą się chmury dymu.

Ostatnio po raz kolejny uświadomiłam sobie, że świat dużo bardziej sprzyja, kiedy najpierw dajesz coś od siebie, a dopiero później czegoś oczekujesz. Działa to na większości, jeśli nie na wszystkich płaszczyznach, ale tym razem myślę o związku.

Ale mimo wszystko często wciąż działam odwrotnie. Kiedy teraz o tym myślę, to jest mi wstyd. Wstyd mi, że czasem kiedy wstaję i Kuba nie jest w idealnym humorze to ja też się obrażam. Bo przecież on mógłby się do mnie uśmiechać, nie dąsać i w ogóle zawsze być ponad problemami... ale nie jest (co może, a nie jest nie pisze się w rejestr - dotyczy przyszłości i przeszłości). W takiej sytuacji wymagam od niego, żeby w stosunku do mnie potrafił być ideałem, ale sama jakoś niekoniecznie się do tego palę.
Kiedy zdaję sobie z tego sprawę sytuacja wygląda zgoła inaczej. Wtedy rozumiem, że nie mam bezpośredniego wpływu na to, co on ma w głowie (tylko on może zmienić swoje myśli) i widzę za co mogę wziąć odpowiedzialność. A konkretnie to za siebie. Zamiast się dąsać staram się uśmiechnąć, zrobić najpierw coś dla siebie, żeby dobrze się czuć. Wtedy jest już z górki. Mogę chociażby ubrać się ładnie i włączyć ulubioną muzykę, mogę zająć się czymś, co sprawia mi radość i dać mu trochę ciepła. Mogę podarować mu swój uśmiech i pocałunek. Zamiast cisnąć go, żeby był radosny po prostu powoli zarażać go swoją radością.

Czasami jednak sytuacja nie jest taka prosta, problem jest większy albo dotyczy fundamentalnych dla nas spraw. Wymaga to spojrzenia na siebie i wzięcia odpowiedzialności za to, na co my mamy wpływ, a jednocześnie zaufania, że ta druga osoba nie zawiedzie. Zaprzestania prób kontroli, manipulacji. I to jest trudne. Wkoło jest bardzo dużo nieuczciwych, nieszczerych osób, wiele razy ktoś nas zawiódł i ciężko jest, a może nawet głupotą byłoby dawać kredyt na swoje zaufanie wszystkim. Jednak kiedy decydujemy się na związek to działanie na takich zasadach nie przynosi nic dobrego. W związku zaufanie to podstawa. Nawet jeśli upuszczono nas tysiąc razy przedtem... ta właściwa osoba nas złapie. Albo przynajmniej da z siebie wszystko. Wtedy nawet upadek tak nie boli.
Inaczej to po prostu nie ma sensu, bo zachowujemy się tak naprawdę jak dzieci w przedszkolu. Przepychamy się i mówimy "Ty pierwszy..." albo skarżymy się znajomym "Może ja nie jestem święta, ale on to dopiero...". Chcemy zmienić tę druga osobę, ale nie możemy. Możemy zmienić siebie, ale nie chcemy, bo to trudne. Nie potrafimy też z tego zrezygnować, bo boimy się być sami.
Kto w takim związku jest szczęśliwy? Na dłuższą metę chyba nikt.

Myślę, że to wszystko działa na prostych zasadach, ale jest niesamowicie trudne do wykonania. Dlatego, że wymaga patrzenia na rzeczywistość taką, jaka jest naprawdę. Często gorzką, bolącą. To z kolei wymaga odwagi, wysiłku, czasu i przede wszystkim determinacji. Ale warto. Wiem, że warto.

K.



Jak znaleźć księcia? cz.2

Jak znaleźć księcia? cz.2

Dlaczego trafiamy na 'samych dupków'?  My się staramy, chcemy być jak najlepsze, marzymy o księciu, a ''trafiamy na debila''.

Powód jest prosty - ludzie są jak lustra. Wszyscy to wiemy, ale z jakiegoś powodu rzadko o tym pamiętamy. I to nie jest żadna 'filozofia pozytywnego myślenia' tylko podstawowe prawo świata - akcja=reakcja. To się tyczy wszystkiego. Każdej codziennej sytuacji, ale też relacji z innymi ludźmi.

To jest super proste, ale jednocześnie trudne do zaakceptowania. Bo jak to tak... przecież to on jest upośledzony emocjonalnie, nie ja!
Do swojego życia wpuszczamy ludzi, którzy w najlepszym przypadku traktują nas troszkę lepiej, niż my sami. Umawiamy się z facetami (to działa w obie strony, tyczy się również panów), którzy traktują nas tylko trochę lepiej, niż my traktujemy siebie same.
Musiało minąć trochę czasu, ale zauważyłam, że nieważne jak i gdzie zaczynały się moje poprzednie związki i jak wygladala dana osoba to zawsze opierało się to na jednym schemacie, zawsze konczyło się płaczem i dramatem, a ja zastanawiałam się dlaczego tak jest i "'co ze mną jest nie tak'"? (użyłam tu cudzysłowa, ponieważ tak naprawdę nigdy jakoś szczególnie nie doszukiwałam się winy w sobie. Dużo łatwiej byłoby mi zawsze winić drugą stronę, wiadomo.)

I to jest lekcja, która powtarza się, dopóki się jej nie odrobi. Nie da się tego przeskoczyć. Każda 'nieudana' relacja, każda osoba, ktora nie potrafiła nas kochać pokazuje nam tylko, że musimy to nauczyć się robić to same, bo oni są w tym do dupy.
Tylko Ty sama możesz sobie powiedzieć, że jesteś niesamowita i naprawdę to poczuć. Jeśli chcesz poczekać, aż ktoś inny Ci to powie i zmieni tym Twoje postrzeganie samej siebie, to może się to nie stać nigdy.

I nikt tu nie jest winien. To naprawdę ważne, żeby to zrozumieć. Możesz wziąć za to odpowiedzialność i to zmienić albo możesz usiąść i się dołować, że 'jestem taka zjebana i nigdy nie będę potrafiła mieć super faceta' i Twoja przepowiednia będzie się spełniać, aż nie zmienisz zdania :)

W naszym przypadku wyszło to od Kuby. To on był dla siebie dobry i kochał siebie, więc potrafił mi pokazać jak ja mogę kochać jego.
I ja chciałam to zrobić.
Dzięki temu ja mogłam nauczyć się szanować i kochać również siebie. On mnie w tym wspierał na każdym kroku i wciąż, każdego dnia powtarza mi, że jestem niesamowita, ale ostatecznie i tak to ja sama musiałam się zmienić, wybaczyć, zaakceptować i dać sobie jeszcze jedną szansę.
I nie mów sobie teraz:
- Ona to jest szczęściarą, bo ma Kube, a ja sama to nie dam rady...
Bo owszem, jestem, ale założę się, że nigdy nie byłaś w tak czarnej d... jak ja i nie chciałabyś się wtedy zamienić miejscami. Użalanie w niczym nie pomaga. A poza tym jak zaczniesz naprawdę o siebie walczyć to pojawią się wokół ludzie (wcale niekoniecznie to musi być Twój przyszły mąż), którzy Ci w tym pomogą. Musisz tylko zrobić im miejsce wywalając tych, którzy podcinają Ci skrzydła i nie liczyć, że odwalą całą robotę za Ciebie. I to jest ta wymagająca część.

Powiedzenie ''Nie chcę spędzać z Tobą czasu.'', nie tylko facetowi, ale komukolwiek jest trudne. Boimy się, że zostaniemy odrzuceni, że ktoś coś o nas pomyśli, nagada na nas. I tkwimy w tych relacjach opartych o strach przed samotnością.
Wszyscy powtarzamy w kółko teksty typu 'wyjebane mam na jej opinie', a tak naprawdę jak w piosence Zeusa 'samoocena upaprana od stóp do głów, stoi przywiązana do cudzych słów'.
Kiedy zaczynasz traktować siebie lepiej to opinie tych osób naprawdę przestają Cię dotykać.

Kiedy zaczynasz traktować siebie lepiej to przestajesz trwać przy rzeczach, których nie znosisz robić i przy ludziach, których nie lubisz. Ty decydujesz.
Jeśli jesteś dla siebie dobra to 'debile' po prostu nie zwracaja na Ciebie uwagi i Ty też nie widzisz ich. I uczysz się, że jak pojawia się jakiś 'dupek', to mówisz mu - nie, dzięki, przechodzilam juz przez to. No offence, ale nie chcę już tego w moim życiu.


Jeżeli naprawdę chcesz coś zmienić to będziesz musiała przestać czekać na kogoś, kto przyjdzie i to zrobi za Ciebie, musisz zrobić to sama.
Pamiętaj jednak, że nawet kiedy pojawia się książe to nie możesz liczyć na to, że zawsze wszystko będzie idealnie. Związki nie są łatwe, codziennie mierzymy się z różnymi rzeczami, problemami i nie zawsze jesteśmy w takich samych humorach, ale uczymy się siebie i uczymy się sobie z tym radzić.


Panowie i Panie - dbajcie o siebie.


Buziak,

K.


P.S. Pisze o tym dlatego, że sama z tym miałam duży problem i często nadal nie wychodzi mi tak, jakbym chciała. Ale jestem już tego świadoma i naprawdę staram się być dla siebie jak najlepsza :)

P.S.2. Zajebiście to tłumaczy i pokazuje ten koleś [klik], w pełni sie z nim zgadzam i ten post po części intrpretuje jego słowa i pokazuje jak ja to widzę w odniesieniu do swoich doświadczeń :)
Jak znaleźć księcia? Część pierwsza - start.

Jak znaleźć księcia? Część pierwsza - start.

Większość kobiet jakie znam chciałaby mieć obok siebie silnego mężczyznę. Wiecie, takiego, co Was dogoni, przegoni, weźmie na ręce i poniesie dalej. To jest fakt, nawet jeśli połowa się do tego nie przyznaje. Ja też zawsze tak chciałam, ale...

Po pierwsze to niestety, aby mieć mężczyznę, który będzie Cię traktował jak księżniczkę to sama musisz siebie tak postrzegać. Truizm, ale jednak. Na pewno masz taką koleżankę, której nie lubisz, uważasz, że jest zołzą, a ma takiego super faceta, że zastanawiasz się 'co on z nią w ogóle robi i jakim cudem on z nią jest? czy to dlatego, że ona dobrze robi laskę? ' Podpowiadam - to może być jeden z czynników, ale na pewno nie główny. Ona zachowuje się jak księżniczka i on ją tak traktuje, przynajmniej przez jakis czas... ale o tym innym razem, bo to tylko początek tematu, a dochodzi jeszcze wiele innych czynników. Zdradzę od razu, że wszystkie zależą TYLKO od Ciebie.

Zmuła, co? Bo jak się okazuje, że na wszystko masz tutaj wpływ to straszna lipa, bo to znaczy, że trzeba będzie na to zapracować, że nie będzie na kogo zwalić jak nie wyjdzie i takie tam, wiadomo.
No nie mów mi, że nie odzywa się w Tobie takie poczucie... ja do tej pory często tak mam :D

Więc wróćmy do mnie i moich poszukiwan księcia na białym rumaku... Przez ostatnie lata poczucie, że jestem księżniczką przychodziło do mnie zazwyczaj po kilku shotach (opcjonalnie drinkach/lampkach wina). Zbiór cech mojego wyobrażenia o księżniczkach przedstawiał sie wtedy następująco: rozdmuchane ego, obrażalskość, demonstrowanie swojej wyższości (mam właśnie ciarki wstydu jak o tym pomyślę), aż do ogólnej utraty lub porządnego zaćmienia świadomości. Wtedy zazwyczaj wsiadałam w taksówkę i wracałam do domu, do mojego kota, a po kilku godzinach wstawałam z mega kacem i szłam na 10-14 godzin do pracy. I tak średnio 2 do 5 razy w tygodniu.

Uciekałam od siebie w alkohol, a moje wszystkie dotychczasowe związki to (?), w sumie to nazwijmy je pracą domową, od której nie można ucieć. W kółko powtarzający się schemat beznadziejności.
Jak to się stało, że spotykałam się z facetami dwa razy ode mnie starszymi, tkwiąc w beznadziejnych relacjach, pozwoliłam się poniżyć lub poniżyłam się sama setki razy i przy okazji wypiłam morze alkoholu i przyjęłam całkiem sporo jeszcze innych używek wyniszczając i eksploatując swój organizm do naprawdę hardcorowego poziomu?
Bardzo prosto.
Otóż nigdy nie potrafiłam kochać i szanować siebie, bo nikt mnie tego nie nauczył. Nie piszę tego, żeby się użalać, ani żeby wylać złość na mojego ojca, że uciekł, ani na mamę, że nie potrafiła mnie tego nauczyć. Dziś rozumiem, że ona nie miała wyboru - musiała harować, żeby utrzymać mnie i mojego brata, poświęciła dla nas swoje życie, poświęciła swoją kobiecość. Dlaczego w jej życiu tak wyszło? Dlaczego związała się z moim ojcem? Pewnie dlatego, że też wyniosła to z domu i nie zdążyła w porę zdać sobie sprawy, że może to zmienić.
Więc ja powielając schemat, zupełnie nieświadomie brnęłam sobie po szyję w gównie użalając się nad swoim losem z rosnącym przekonaniem, że powinnam skreślić swoje życie, zostać prostytutką i zaćpać się na śmierć. Naprawdę, takie było moje myślenie.  Aż w końcu jak się zachłysnęłam gównem to się przestraszyłam nie na żarty i chyba coś we mnie pękło. Nie wiem dokładnie co, ale pamiętam, że był styczeń. Wróciłam z Londynu i było coraz gorzej. Po kolejnej imprezie zamówiłam do domu pizzę 50cm i przez tydzien nie wyszłam z łóżka. Leżałam w tym barłogu, nie myłam się, jadłam trochę pizzy wyrzucając na podłogę dookoła wyschnięte krewetki i ośmiorniczki (pizza z owocami morza to był zdecydowanie BAD CHOICE), aż w końcu chyba mój kot był naprawdę głodny i było mi go szkoda i postanowiłam pójść do sklepu.
Był luty, ale świeciło słońce. I jakoś zachciało mi się żyć.
Nie jakoś spektakularnie - tak tylko trochę.
Wróciłam do pracy. Dalej robiłam maratony, długie zmiany i chodziłam do klubów w międzyczasie zaliczając egzaminy na studiach, ale jakoś nie było to już moim sensem życia. Tylko, że nie wiedziałam, co mogłabym w zamian, bo nie znałam nic innego. Myślę, że wtedy po prostu zaczęłam traktować siebie odrobinkę lepiej.

Minął luty, był początek marca 2015 i zdarzyły się takie cudowne trzy ciepłe dni. Wtedy pomyślałam, że chciałabym się zakochać, ale tym razem zakochać naprawdę i szczęśliwie. Tydzień później poznałam Kubę.


Czy zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia? Nie. Coś mi się w nim spodobało, ale był ode mnie starszy o rok, a nie o 20 lat, więc wiadomo, nie w moim typie. Poza tym kojarzyłam go wcześniej. Kiedyś pracowałam za barem w klubie, w którym on śpiewał. Tym razem DJ poprosił, żebym nagrała dla nich video zaproszenie na dzień kobiet, gdzie Kuba miał zaśpiewać. 

On mnie nie poznał.
Historię tego, jak zostaliśmy parą póki co, pominę.

Dziś z uśmiechem na twarzy mogę powiedzieć, że ten związek na początku to była orka na ugorze. W skrócie - ja nie chciałam kompletnie wziąć za siebie odpowiedzialności i nie przyjmowałam do wiadomości, że mogę zmienić swoje życie i że to tylko ode mnie zależy. Kuba cierpliwie i z uporem maniaka, a właściwie to z uporem zakochanego mężczyzny pokazywał mi, że wcale nie jestem zła, a na pewno nie będę, jeśli tak postanowię i że mojego życia wcale nie trzeba skreślać. Przeszłam drogę od totalnej niewiary przez pojawienie się światełka nadziei, które non stop było przyćmiewane, aż do zaufania, że naprawdę dam radę i wiary w swoje i nasze możliwości, którą po drodze też w sumie kilka razy zgubiłam na chwilę. Nigdy jednak, nieważne jak blisko byłam granicy to się nie poddałam i dzisiaj jestem z tego naprawdę dumna.




Co wyciągnęłam z całej tej historii? To w jakim momencie znajdujemy się w swoim życiu i jakich ludzi mamy dookoła zależy tylko od tego, co mamy w środku, w głowie i przede wszystkim w sercu.

Nieważne, w jak ciemnej D się jest... może być ciężko i pewnie będzie, ale nie warto skreślać swojego życia, bo tylko od nas zależy, gdzie je doprowadzimy. Jak mówił Less Brown - It's not where you start, It's where you're going!


cdn.

K.

Ja na pierwszym szkoleniu Autentiko ;)

Co to będzie?

Co to będzie?

Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie wiele tematów i miałam już kilka podejść do założenia bloga. Dziś pokazałam Kubie 'niesfornegokarolka' i z sentymentem przejrzałam stare zdjęcia. Kuba zasugerował mi, żeby zamiast zakładać nową stronę po prostu kontynuować tutaj. Jednak od czasu dodania ostatniego posta w moim życiu zmieniło się dosłownie wszystko i czuję potrzebę oddzielenia tego tutaj grubą kreską. 

Długo zajęło mi zaakceptowanie przeszłości, pogodzenie się z nią i w sumie do dziś trwa proces wybaczania sobie wielu rzeczy. Droga wyboista, ale moje TU i TERAZ zdecydowanie było tego warte. Jestem silniejsza, mądrzejsza i zdecydowanie dużo szczęśliwsza.

Po ciężkich bojach, przeprawach i okropecznych dramatach zeszłem wiosny zakochałam się! Po tym wszystkim, co narobiłam życie dało mi kolejną szansę i zesłało mi księcia na białym rumaku, mojego wybawcę i prawdziwego anioła. Chyba nie ma sensu rozkładać tego na czynniki pierwsze, bo i tak już wszyscy rzygają tęczą :)

To wszystko, z czym przyszło nam się zmierzyć, wszystkie problemy, każda podjęta walka czy praca (niekiedy orka na ugorze) i wszystkie zachodzące zmiany naprawdę dużo nas nauczyły. I tym właśnie chciałabym się podzielić.
Nie będzie to pamiętnik... o nie ;) To będzie zbiór wniosków i marzeń, wszystko to, co mogę dać komuś, aby jego życie też było lepsze.

Do zobaczenia,

K.


The fairy

The fairy


Chyba ostatnia seria z bajkowego weekendu w bajkowym miejscu z moją królewną (przynajmniej ostatnia w tym roku). Właściwie to nie wiem, dlaczego do tej pory nie wrzuciłam tych zdjęć na bloga, chyba trochę o nich zapomniałam. Teraz już są, jako moje najlepsze wspomnienie tego lata.


K.
Copyright © 2014 SEKRETY KOBIECOŚCI , Blogger